mardi 22 février 2011

"Il y a toujours deux cotés dans une histoire" - Marylin Monroe

Tu veux que je devienne un nuage? Alors, prend celui-ci en photo. Comme ça, je ne mourrais pas complètement.


Parfois je déteste l'effet que je fais sur les hommes. Ces regards stupides. Ces poings qui se serrent sur le vide. C'est pas humain. Je ne respecte pas les gens qui vous aiment parce qu'on est quelqu'un.



Souvent je mi dis que ce serait mieux de n'etre pas célèbre. Mais nous, les acteurs, nous nous torturons avec notre image, nous sommes - quel est le mot? - narcissiques. Je reste des heures assise devant mon miroir à guetter les signes de l'age.

Le cinéma, c'est comme les amours, si tu n'en veux pas, tu as tout ce que tu veux. Si tu cours après, tu n'as rien.

Le cinéma, c'est toujours ça: prendre, encore prendre. On appelle ça des prises, justement, les séquences qu'on vous fait recommencer cent fois. Mais qui donne, qui reçoit, qui aime?

Jouer une scène, c'est comme ouvrir une bouteille. Si on ne peut pas l'ouvrir d'une façon, il faut en essayer une autre ou peut-etre abondonner et prendre une autre bouteille.




J'essaie de devenir une artiste, j'essai d'etre vraie, mais souvent des fenetres s'ouvrent malgré moi sur mon vide. J'ai peur de devenir folle. J'essai de faire sortir les parties vraies de moi-meme, mais c'est trop difficile. Parfois, je pense que tout ce que je dois faire, c'est etre vraie. Mais ça ne vient pas comme ça et je ne dis que je suis une faussaire, quelqu'un qui sonne faux. Je désire faire de mon mieux depuis la seconde où la camèra se met en mouvement jusqu'à celle où elle s'arrete.

A l'aide,. A l'aide. A l'aide.
Je sens la vie de plus en plus proche
Alors que ce que je veux c'est mourir.


J'ai mal avec les mots. Ce sont les mots qui nous soumettent aux autres sans merci, nous dénudent bien plus que toutes les mains que nous laissons chercher notre peau.

Le problème n'est pas dans les mots mais dans la manière dont les gens s'en servent.




On change quand on change d'endroit. Nous avons tous un jeu de personnes, différentes manières d'etre soi dans différents endroits. Je ne suis pas la meme à New York et à Hollywood. Différente dans ce bar et sur un plateau. Différente avec Strasberg et avec toi. Je vois ça quand on m'interviewe. Les questions vous dictent les réponses et on parait etre telle ou telle personne.
Les questions m'en disent souvent plus sur celui qui les pose que mes réponses ne lui en disent de moi. La plupart des gens se trompent en pensant qu'ils sont un seul moi toute leur vie, bien plein, constant, fermé.
Comme ils seraient plus tolérants envers les autres s'ils reconnaissaient qu'ils sont eux aussi en morceaux, troués, changeants.

J'ai trouvé ma définition de la mort. Un corps dont il faut se debarrasser.

C'est tellement plus simple, la mort. On y entre, et on sait qu'on a presque toutes les chances de ne trouver personne de l'autre coté de la porte.





Tout le monde veut etre aimé, peu de gens peuvent et veulent aimer.
Ralph Greenson

Je me suis toujours sentie une non-personne et ma seule manière d'etre quelqu'un a été probablement d'etre quelqu'un d'autre. C'est pour ça que j'ai voulu jouer et etre actrice.

Se contenter de penser le personnage et d'analyser mentallement ne te permet pas de jouer, de te transformer en une autre. Ton esprit rationnel te laissera passive et distante. Mais si tu développes ton corps imaginaire, si tu le vides de toi et tu le laisses posséder par l'autre, ton désir et tes sentiments te feront incarner cet autre.
Michael Tchekhov

Si on réfléchit trop longtemps à quelque chose, ça veut dire qu'on n'en a pas vraiment envie.


Le Mariage de Marylin avec Joe DiMaggia a échoué parce que la femme qu'il avait épousée était Marylin Monroe et celui avec Arthur Miller parce qu'elle n'était pas Marylin Monroe.
Billy Wilder




Une carrière? Ca ne vous serre pas dans ses bras. La chose qui me manque le plus est d'avoir quelqu'un avec qui partager les choses. Je me suis toujours jetée et perdue dans des amitiés et des amours où j'étais la seule à donner. Vous ne pouvez pas vivre comme ça.
Inger Stevens

Tu dois essayer de considérer ton corps comme un instruments de musique qui exprime tes idées et tes sentiments; tu dois tendre à un plein accord entre ton corps et ton psychisme.
Micheal Tchekhov

Les livres, je ne les termine pas. Je n'aime pas les dernières pages. Les derniers mots. Les dernières prises. Les dernières scéances.



Recommencer toute l'histoire. Repasser la dernière scéance de Marylin. C'est toujours par la fin que les choses commencent.




Michel Schneider "Marylin dernières scéances"

dimanche 12 septembre 2010

Jesien w Paryzu...


Jesien przyszla szybko. Nawet nie wiem, w ktorym momencie zauwazylam lezace na chodnikach liscie. Zwykle nie lubie tych "przejsc" pomiedzy porami roku, jakos nie potrafie sie do nich szybko przyzywczaic i caly czas cos mi nie pasuje, nie odpowiada. Potem przyzwyczajam sie do tego, ze noc przychodzi wczesnie i gdy nagle dzien sie wydluza, znow czuje sie nieswojo. Takze od tygodnia jest mi nieswojo, wolalabym jeszcze zielone liscie, dlugie wieczory i gorace promienie sloneczne. Wybralam sie jednak dzis na spacer i za punkt "wycieczki" obralam sobie luk tryumfalny. Jakos tak sie zlozylo, ze nigdy jeszcze na szczyt luku sie nie wydrapalam, a ze wejscie mam darmowe, to pomyslalam, ze nie mam nic do stracenia! W dodatku popoludnie bylo cieple, sloneczne i lagodne, wiec o godzinie 18.00 wybylam z mojego mieszkania i polami Marsowymi przeszlam pod wieza Eiffla, by nastepnie wzdluz Sekwany dostac sie na avenue de Montaigne, a stamtad juz na Champs- Elysées. Przechodzac polami Marsowymi natknelam sie (jak dobrze policzylam) na 7 panien mlodych!! Jak wiadomo panna mloda zawsze przynosi szczescie:)wszystkie byly piekne!
Po drodze natknelam sie na... kasztany! Tak, w Paryzu juz sa swieze kasztany:)) Dla mnie kasztany zawsze byly magiczne, pamietam, jak zbieralam je idac do szkoly, bo wierzylam, ze przyniosa mi szczescie. Nadal wierze w ta magie w kasztanach, wiec nazbieralam dokladnie 8 kasztanow. Najbardziej lubie, sama nie wiem czemu, te z wycietym bokiem, nie te okragle, a te pol okragle. Udalo mi sie znalezc takiego jednego i drugiego w ksztalcie serca:)).
Po drodze napawalam sie pieknem witryn znanych, ekskluzywnych butikow - zachwycila mnie przede wszystkim bizuteria! U Kenzo afrykanskie inspiracje, u Diora cudna, subtelna, srebrna bransoletka i booskie ponczochy!
W koncu dotarlam na luk! Tam 200 kilka schodow do pokonania. Chyba nikt nie zwiedzil szybciej tego luku niz ja. Schody to juz dla mnie nic wielkiego, wiec wbieglam na nie i juz po pieciu minutach bylam na szczycie. Spotkalam mnostwo Polakow. Dochodze jednak do wniosku, ze najpiekniejsze widoki sa z Notre-Damie. Tam, na szczycie tej starej kaplicy w jej dawnych murach, zakamarkach, tkwi niesamowita atmosfera, ktora wydobywa i podkresla piekno Paryza. Wszystkie glowne zabytki znajduja sie blisko pola widzenia. Poogladalam wiec Paryz z kazdej strony na tym luku, zrobilam jedno zdjecie i zbieglam z powrotem. I wiecie co mnie zachwycilo?? Nie ten widok kamiennych blokow z gory, ale siedzaca na dole na murku, niedaleko wyjscia, mloda kobieta. Zamyslona, zapatrzona, ogladajaca przechodniow. Gdyby nie to, ze byla obrocona w moim kierunku, to z pewnoscia zrobilabym jej zdjecie. Spodobalo mi sie to, ze siedziala na tym murku i obserwowlala, tak po prostu, bez zadnej ksiazki. Byla naturalna i wlasnie dzieki temu, ze byla w tym momencie w 100% soba, byla niezwykle piekna i interesujaca.
Nastepnie przeszlam w dol Champs - Elysées i u stop ulicy, gdy zrobilo sie juz troche ciemniej, przy palacu uderzylo mnie niezwykle piekno jesieni. Biale roze, kolorowe liscie na trwie, swiecace latarnie, stare samochody. Bylam zachwycona i tym razem zdjecie zrobilam, ktorym sie z Wami dziele!
Potem wracajac juz ta sama droga, jak zwykle zachwycila mnie wieza Eiffla z placu Alma- Marceau. Tuz przy wiezy swiecil ksiezyc - boskie! Za kazdym razem, gdy wracam z teatru Champs-Elysées, zachwycam sie tym widokiem wiezy - dla mnie wlasnie z tego miejsca jest najpiekniejsza!
Paryz znow zachwyca, znow jest piekny, magiczny i pelen urokow! Mysle, ze jesien juz oswoilam:))

samedi 4 septembre 2010

W gabinecie dyrektora...

Wczoraj mialam juz pierwsza lekcje! Moim profesorem jest David Sztulman, ktorego rodzina wywodzi sie z Polski, a dokladnie z Lodzi. Jestem bardzo zadowolona z tego, ze jest moim nauczycielem, gdyz jako jedyny prowadzi zajecia z techniki gry aktorskiej w kazda srode tygodnia.
A jak wiadomo bez technicznej wiedzy, mozna o aktorstwie zapomniec!
Zajecia mam wieczorem od wtorku do czwartku od 19h do 23h i w piatek od 16h do 19h.
W mojej grupie jest bardzo duzo nowych, niedoswiadczonych, tak jak i ja. Grupy sa wymieszane rocznikowo, czyli bede pracowac z drugim i trzecim rokiem, co uwazam za swietny pomysl i rozwiazanie! Nie jestesmy traktowani jak jacys odludkowie, od razu przyjeto nas z wielkim zainteresowaniem, w swietnej atmosferze, po przyjacielsku.
Nie poznalam jeszcze wszystkich, gdyz zbieeeraja sie poooooowoli po wakacjach...
Co nie przeszkodzilo nam jednak zaczac zajecia. Na poczatku profesor przydzielil nam sceny, nad ktorymi bedziemy pracowac. Dla mnie wybral Marivaux "La Seconde Surprise de l'amour", ktorego wczoraj juz zakupilam:)).
Ciekawa jestem tego tekstu i mojej sceny!
Nota bene spotkalam kiedys pewna aktore z Conservatoire, ktora wlasnie w bohaterkach Marivaux mnie obsadzila:). Mam nadzieje, ze ja jeszcze spotkam...
Potem zaczely sie cwiczenia... Pierwsze to byla zabawa w lustro! Dwie osoby stoja na przeciwko siebie, jedna pokazuje to, co "lustro" ma odbijac, a osoby obserwujace musza zgadnac, ktora osoba jest lustrem, a ktora wydaje polecenia:). Cwiczenie wcale nie jest proste! Wszystkie ruchy musza byc powolne, proste, by widzowie sie niezorientowali i by lustro sie nie pomylilo, by osoba pokazujaca nie byla za szybko, nie atakowala jakims ruchem. Trzeba sie naprawde skupic, patrzec w oczy partnera. Kazda para wychodzila na srodek i wiadomo ci z trzeciej byli genialni, wiec trudno bylo sie domyslec, kto jest kim! Ja bylam na koncu z nowa kolezanka i calkiem niezle nam poszlo:P widzowie nie wiedzieli, co odpowiedziec:). Ja bylam lustrem, a kolezanka kreatorem prostych ruchow i swietnie to zrobila, bo wszystko co pokazywala odbywalo sie blisko twarzy, wiec mialam dobre pole widzenia!
A o to tu chodzi!
Nastepne i tu nie uwierzycie!! Potega ludzkiego umyslu jest niesamowita! A wiec naprezalismy ramie z calej sily, a druga osoba musiala nam to ramie zgiac. I predzej czy pozniej kazdej sie to udalo. W drugiej sytuacji mielismy sie skoncentrowac na tym, ze nasza reka nie ma konca, obiega cala ziemie, mielismy wyciagniete ramie, koncentrowalismy sie i oddychalismy... i to niesamowite!! Nawet takie chuchra nie dalo sie ruszyc!! Nikt nie dawal rady zgiac naszej reki! Sprobujcie sami! To niesamowite!! Wszytsko jest w naszej glowie:))
Nastepnie cwiczenie na powolny bieg, na podmuchy wiatru, na kule u nogi... Musze przyznac sie, ze bedac w wypelnionej sali, gdy mamy jakies cwiczenia bardziej tworcze; np. to z tym wiatrem, to jak zaczynam ogladac pomysly innych, to totalnie sie gubie i jeszcze nie mam tak szybkiego refleksu i pomyslu... No, ale przyjdzie z czasem:D

Rosine Margat nie zyje. Zmarla 5 sierpnia tego lata... O niczym nie wiedzialam, dowiedzialam sie w czwartek... Zrobilo mi sie przykro, ze sie nie poznalysmy... Znam ja z ksiazki, kilka razy ja widzialam i mialam nadzieje, ze bedzie mnie kiedys oceniac i niestety... Ta mysl przebiegla mi ktoregos razu, gdy ja widzialam... Nie wygladala dobrze i mialam taka mysl w ulamku sekundy, ze musze sie pospieszyc, by z nia pracowac... No i los chcial inaczej...
Mam nadzieje, ze nie wplynie to jakos negatywnie na szkole, ze nadal bedzie reprezentowac swietny poziom!

Po zajeciach profesor zabral nas do biura dyrektora. Jest tam mnostwo starych ksiazek, niezwykle drogocennych... Nadal z nich mozemy korzystac, ale po za mury szkoly nie moga sie ruszyc! Nauczyciel mowil, ze wszyscy profesorowie szkoly, ktorzy pozostali w Cours Simon, stali, tak jak mysmy stali wczoraj, przed biurkiem dyrektorki, zaczynali tak samo jak my... Pomyslalam, ze mam ogromne szczescie... i ogromna szanse i zamierzam ja wykorzystac!

jeudi 2 septembre 2010

Pierwsza w moim zyciu...

... scena za mna!!! Bylo genialnie:D Czulam sie jak ryba w wodzie! Cudownie bylo oddzialywac na publicznosc, sprawic, ze sie smiali, sprawic, ze odczuwali i zyli perypetiami mojej bohaterki:)). Aplauz byl naparwde duuzy! Uczniowie 2-3 klas Cours Simon licznie mi gratulowali:)). Profesor byl przekanany, ze ja jiz po kursach teatralnych! Niesamowite jest przekonac sie, ze ma sie talent i to o co tyle zabiegalam jest tym, czym chcialam i smialo moge w tym kierunku dazyc! I tak robie i nic innego nie biore pod uwage...
Od tej chwili blog ten bedzie zawieral mnostwo zapisek z przezyc swiezo upieczonej uczennicy Cours Simon:).
Zaluje tylko, ze nie ma teraz ze mna mych przyjaciol i rodziny, bo uczcilabym ten wieczor z wielka przyjemnoscia:)), ale zycie takie jest, ze wszystkiego nie mozna miec, bo byloby za pieknie, takze siedze przy laptopie i jak juz od tygodnia bez przerwy slucham Charlotte Gainsbourg i jej niezwykly i pasjonujacy 5:55.
Usmiecham:DDD
Wasza Plath

P.S. Marzenia sie spelniaja!!

samedi 28 août 2010

Mam wylacznosc na gwiazdy:)


Lato w Paryzu dobiega powoli do konca... Bylo bardzo meczace, pracowite, malo wakacyjne, duszne, nudne, zatloczone. Przez te kilka tygodni odkochalam sie od miasta swiatel. Marzyl mi sie moj taras w Polsce, laka, spokoj i chlod w moim domu bijacy od kafelek. Marzyly mi sie czeresnie i owocowe koktaile... Rozmowy przy kawie, muzyka z DVD, wino przy filmie...
Przez wakacje Paryz zamienia sie w miasto turystyczne, ktore nie ma nic do zaproponowania ani turystom, ani mieszkancom, gdyz wszystkie teatry sa pozamykane, nie ma zadnych ciekawych wystaw, restauracje obnizaja swoj poziom i jakosc, ulicami nie da sie przejsc. Jedyny plus to dzialajace fontanny! Naprawde piekne:))
Jest godzina 4 w nocy, nie moge spac... Slucham Charlotte Gainsbourg... Idealnie oddaje atmosfere.



Zawiodlam sie ostatnio na ludziach... Zazdrosnych, wiedzionych checia wykorzystania, manipulantami... Wiem, ze nikt nie jest idealny, ale ja zawsze mam ogromna wiare w czlowieka i gdy sie przekonuje, ze tak naprawde polowa jest niegodna nawet chwili uwagi, jest mi po prostu przykro... Jest mi przykro, ze nie dostrzegaja tego, co maja, ze nie dostrzegaja drugiej osoby... Cos w tym jest, ze musza dotykac nas niepowodzenia, bysmy otworzyli oczy na to, co jest w zyciu wazne...
W tej calej "mieszaninie" niemilych zdarzen dowiedzialam sie kim sa prawdziwi przyjaciele, a to bardzo cenna wiedza:)) Nie narzekam... Widocznie tak musi byc, ze jedni przychodza, drudzy odczodza... Nie zmienie swiata...Na szczescie w poblizu jest zawsze ktos do kogo mozna wyciagnac reke!
Dzieki kilku przykrym zdarzeniom, wiele sie nauczylam. Niedawno poznalam fantastyczne osoby i znow robie cos innego - jestem sprzedawczynia:).
A teraz czuje zblizajacy sie wrzesien... I ciesze sie, bo pojawiaja sie nowe afisze z wystawami, z teatralnych scen odkurzaja kurz i ja sama organizuje sie z moim celem. I chyba jest mi to pisane, bo ostatnio spotykam same osoby, ktore maja kontakty lub sami sa aktorami:)
A dzis...
Chcialam zapatrzyc sie w niebo, chcialam ogladac i podziwiac gwiazdy... Czy wiecie, ze w Paryzu prawie w ogole ich nie widac? Winne sa oczywiscie swiatla i lataranie, ale ja mam wylacznosc na gwiazdy:))) Z mojego okna jak nigdzie rozposciera sie przecudny widok na rozgwiezdzone niebo:D
Po miesiacu milczenia, wracam do pisania! Milego dnia:)
Wasza Plath

mercredi 14 juillet 2010

Przez mosty Paryza


Paryz dal mi wiele okazji, by poznac fantastycznych ludzi. Tych, ktorzy byli tu na wakacje, tych, ktorzy mieszkaja tu na stale, czy tych, ktorzy byli tu na studiach.
Poznaje ludzi roznych narodowosci - Francuzow, Polakow, Wlochow, Brytyjczykow, Hiszpanow. Pewnego wieczoru znalazlam sie na kolacji u Wlochow, ktorzy byli na wymianie Erasmus w Paryzu. Poznalam wtedy trzech fantastycznych przyjaciol: przepiekna Marie, niezwyklego Marco i sympatycznego Lorenzo.
Zadziwila mnie ich przyjacielskosc, ich otwartosc i pomocnosc. Wtedy to dowiedzialam sie, ze Wlosi jedza zawsze dwa dania glowne, co ogromnie mnie ubawilo:). Ubawilo mnie rowniez to jak faceci, gotujac potrawy, przejmowali sie, jakby to byla najwazniejsza rzecz na swiecie! Nigdy nie zapomne trzech pochylontch glow nad garnkem ryzu:DD
Niesamowitym doswiadczeniem bylo juz sama rozmowa przy stole, ktora przebiegala w trzech jezykach, a nawet czterech, jakbym zaczela gadac sama ze soba:P - po wlosku, po francusku, po angielsku!
W Marco szybko odkrylam dusze pokrewna, wystarczylo nam kilka slow, by dojsc do tego samego wniosku:) Na koniec zostalam wiec zaproszona na kolejna impreze!
Bez zastanowienia zdecydowalam, ze ide! I poszlam. Gorzej, ze nie mialam do nikogo telefonu, nie znalam nazwisk, nie mialam adresu... Znlalam tylko stacje metro i ze jako szlam tam juz jeden raz z przyjacielem to jako tako znalam droge... A przynajmniej mialam taka nadzieje... Oczywiscie, jak ja sobie cos postanowie, to zadne sily mnie od mego postanowienia nie odwodza... Jak postanowilam, tak zrobilam - cudem doszlam, cudem przypomnialam sobie droge, cudem nacisnelam na wlasciwy domofon i... przezylam kolejna swietna impreze z Wlochami i nie tylko, ba, nawet Czecha poznalam:PPP Moglismy sie wspolnie nad Praga pozachwycac:D.
Przy wloskiej muzyce, przy winku bylo bardzo przyjemnie:)) Wtedy to myslalam, ze widze Marco i Lorenzo po raz ostatni, gdyz mialam byc to impreza pozegnalna (Erasmus sie konczyl), ale los chcial, ze zostali i jeszcze z dwa razy pozniej sie widzielismy!



Potem ktoregos dnia zadzwonilam do Marii, ze mam ochote sie z nia spotkac przed jej wyjazdem. Umowilysmy sie na 22.00 niedaleko Place d'Italie. Razem z jej kolezankami spedzilysmy mily wieczor przy piwie w pieknym miejscu:) Tam Plath po raz pierwszy sie zasiedziala... I gdy juz dotarla do metra okazalo sie, ze juz nic nie dziala! Ludzie w metrze okazali sie zupelnie niepomocni i nagadali jej jakis glupot, ze zaden autobus nocny juz nie jezdzi, ze taksowka jedynie, ale to 50 euro! Po czym wygonili ja z metra, grozac wielkim psem, ktorego w ogole sie nie obawiala:) i znalazla sie tuz przez taksowka... Podchodzi niepewnie i mowi do pana przez okienko, ze ma tylko 20 euro w portfelu i chce jechac az pod wieze. Na co on zupelnie spokojnie odpowiedzial, ze taxi kosztuje okolo 9 euro o tej porze! - i tak Plath obalila kolejna plotke i coz pierwszy raz zaznala luksusu paryskiej taksowki:DD. Wrocila do domu, zasmiewajac sie ze swojej kolejnej nietypowej przygody:P.
Nastepnie bylam z Wlochami na meczu pilki noznej w jednym z barow. Niestety wynik Wlochow nie zadowolil, bo bylo 1:1, ale wieczor niezapomniany, bo to wlasnie wtedy Plath pierwszy raz wsiadla na velib, czyli francuskie publiczne rowery i pod oslona nocy jechalismy wlasnie przez mosty Paryza! Czulam sie jak w jakims filmie, tak bylo pieknie, romantycznie i atmosferycznie, bo wlasnie taki jest Paryz noca - najpiekniejszy!
Usiedlismy na chwilke na piwo i Plath brala sie, bo metro ja wzywalo - tym razem skutecznie:P.
Kolejnym razem spotkalismy sie przy Hotel de Ville i poszlismy do baru w zupelnie innej dzielnicy (normalne:P) i znow bylo swietnie:) Kazdy cos tam sobie zamowil, posiedzielismy az do zamkniecia, by nastepnie udac sie do smiesznej restauracji z ziemniakami, czyli ziemniaki na kazdy sposob:DDD genialne:D Podczas tego wieczoru wiecej czasu przegadalam jednak z moim brytyjskim znajomym - sasiadem (nie musialam sie o metro martwic:P). Rozmawialismy duzo o aktorstwie, o sztuce i o teatrze. Chyba pierwszy raz tak wypowiadalam sie wlasnie po francusku...To wlasnie tego dlugiego wieczoru widzialam Marco po raz ostatni... Pozegnalam sie z nim szybko przed przyjazdem autobusu, do ktorego wsiadalam. Do domku wrocilam z sasiadem grubo po czwartej!



Z Maria i Lorenzo sptkalam sie jeszcze dwa razy pozniej. Sasiad, ktory na imie ma Tim, wyjechal troche wczesniej niz oni, ale dzis wraca na kilka dni do Paryza z rodzinka, specjalnie na 14 lipca, wiec na pewno go jeszcze zobacze.
To Wlosi pokazali mi to slawne miejsce, gdzie tanczy sie tango nad Sekwana! To urocze miejsce znajduje sie tuz przy instytucie arabskim. Byl przecudny wieczor - lilowow - rozowe niebo, zachod slonca, Sekwana, tanczacy ludzie, muzyka i moi wspaniali przyjaciele! Zrobilam im nawet koktail - Apple mojito (w trudnych warunkach), ale dalam rade!! Byli zachwyceni:DD Nie obeszlo sie bez lez, gdyz byl to jeden z wieczorow pozegnalnych... Bylo nam bardzo przykro, ze juz wszystko sie konczy:( Dla nich o tyle ciezko, ze zegnali sie ze swoimi przyjciolmi, z ktorymi spedzili caly rok i z Paryzem, rzecz jasna; dla mnie, bo wciaz za nimi tesknie...
I tym razem wracalam z Maria i z Lorenzo taksowka:)), gdyz mieszkali przez chwile w pokoju Tima.
No i w koncu przyszel dzien, gdy musialam pozegnac sie z Maria i Lorenzo. Zostalam zaproszona do domu Marii. Mieszkala w dzielnicy 9 w pieknym apartamencie z duzymi wygodnymi pokojami. Naprawde swietnie musialo sie jej tam mieszkac i jak trudno opuszczac...
Przygotowali mnostwo pysznego jedzenia - nie uwierzycie, ale jadlam tradycyjne ciastka wloskie, ktore oni jedza na Swieta Bozego Narodzenia. Mowili mi nazwe, ale oczywisice zapomnialam. Byly strasznie twarde! Nie sposob bylo je pogryzc, ale z drugiej strony byly tak pyszne, ze sie czlowiek nie poddawal. Mnostwo w nich bylo orzechow, miodu - bardzo dobre i smieszne przez to, ze tak twarde:P
Dla Marii przygotowalam cos na pamiatke. Nie mialam za duzo czasu, by cos kupic, wiec wymyslilam cos z niczego. Powycinalam z roznych materialow takie malutkie "karteczki", na ktorych napisalam przepisy na koktaile, ktore jej obiecalam. Dolozylam zdjecie z Audrey, ktora uwielbiam, karteczke, na ktorej napislam, ze dziekuje, ze ja poznalam i zlota mysl o tym, jak wazne sa marzenia. Oprocz tego podarowalam jej niebieskie kolczyki i to wszystko wlozylam do koperty, ktora powyklejalam wiezyczkami Eiffla i z czerwonego materialu serduszko:).
Pozegnalismy sie w metrze, bo ja juz musialam wracac, nie chcac powtarzac historii sprzed dwoch tygodni:P.
I tego wieczoru skonczyla sie moja wloska przygoda... Do domu wracalam z wloskim bozonarodzeniwym ciastkiem w rece, ale daleko bylo mi od swiatecznej radosci... Wiem, ze przezylam cos niezwyklego, ze dzieki nim poznalam lepiej Paryz i jego piekno, wiem, ze pokochalam moich wloskich przyjaciol, ktorzy potraktowali mnie jak swoja, mimo ze wczesniej w ogole nie znali, ze zawsze bede o nich pamietac i... ze moze kiedys uda mi sie spotkac z nimi w Rzymie na kawce, ba, przekonana jestem, ze tak wlasnie bedzie!
[Autorka zdjec znow Ania:)]

vendredi 2 juillet 2010

Z dziennika barmanki...


czyli zwariowanej przygody ciag dalszy!
Co Plath wykonala juz wlasnorecznie?!

Zaczne od herbaty i kawy mrozonej, bo upaly nie do zniesienia:/
Jak przyrzadzamy kawe mrozona? Do niewielkiej szklanki (takiej na mojito) przygotowujemy kawe z ekspresu, gdzies polowa tej

szklanki; nastepnie bierzemy shaiker, do ktorego wsypujemy kostki lodu, wlewamy ta ciepla kawe, odstawiamy na jakies dwie

minutki, nastepnie mieszamy ta kawe z tym lodem w shaikerze do momentu az przestaniemy slyszec obijajace sie kostki lodu o

naczynie; bierzemy wysoka szklanke, wlewamy zawartosc z shaikera i dodajemy pokruszony lod na gore, do tego slomka i kawa

mrozona gotowa:DD

Z herbata rzecz ma sie podobnie; przyrzadzamy goraca hrbate, odstawiamy, by sie zaparzyla i potem robimy zupelnie podobnie

jak z kawa:)) czyli sprawa jest dosc prosta:D

Tango to nic innego jak troche syropu cytrynowego plus piwo.

Przechodze wiec do koktaili, ktore juz takie proste nie sa, ale sam fakt, ze sie takowe przygotuje, uskrzydla:DD

Robimy cztery koktaile bezalkoholowe, ktore sa przepyszne!!
Wczoraj pierwszy raz sama zrobilam koktail Florida:)) troche zostalo mi w shaikerze, wiec nie omieszkalam nie sprobowac mego

dziela:))

Jest to koktail bardzo egzotyczny za sprawa soku z guajawy.
Do szklanki na mojito wlalam sok z pomaranczy (do polowy naczynia), troche soku ananasowego i tyle samo soku z guajawy;

zawartosc szklanki wlalam do shaikera z kostakami lodu, zmieszalam i powoli bez kostek lodu wlalam do wysokiej szklanki, do

ktorej wczesniej wsypalam pokruszony lod (gdzies do polowy); nastepnie dodalam troche syropu z granatow, slomke i swiecace

cudo:))) i gotowe! Przepyszne i pieknie wyglada:DD Bylam z siebie dumna!

Kolejny koktail, ktory podbil moje serce to Apple mojito!
Przygotowujemy go prawie tak samo jak mojito - stad i nazwa. Do szklanki wyciskamy trzy kawalki limonki, dodajemy listki

miety i jedna lyzeczke brazowego cukru, calosc ugniatamy, zalewamy sokiem jablkowym. Nastepnie bierzemy shaiker, do ktorego

wrzucamy kostki lodu i zawartosc szklanki - mieszamy, by ostroznie przelac napoj do pieknej szklaneczki na stopce:).

Przystarajamy kawalkiem limonki, slomka i swiecace cudo i gotowe, a jakie pyszne i orzezwiajace:)). Polecam ogromnie!!

Ostatnio zrobilam na imprezie i wszyscy sie zachwycali!

Virgin colada! To jest dopiero "niebo w gebie", a jak sie go przyrzadza?! Nic trudnego!
Potrzebny jest nam napoj, ktory nazywa sie Pina, jest to nic innego jak mleko i kokos, ale polecam juz zrobiony i gotowy do

kupienia, bo zawsze mamy pewnosc, ze bedzie dobry!
Do szklanki na mojito wlewamy sok Pina (do polowy), dolewamy sok ananasowy i troszke cukru brazowego, ale w plynie! To

wszystko wraz z kostakami lodu mieszamy w shaikerze, by ostroznie przelac do szklanki na stopce (bez kostek lodu), ktora

przedtem zamaczamy z jednej strony cukrem w plynie, pozniej ta czesc obsypujemy cukrem bialym zwyklym i w tym miejscu

umieszczamy kawalek limonki! Wyglada pieknie i smakuje jeszcze lepiej!!

Baby breeze. Nigdy nie robilam, ale mam napisane skladniki i zrobilabym tak: do szklanki na mojito wlewamy sok ananasowy,

zakanczamy sokiem z cranberry, dodajemy troszke swiezo wycisnietego soku z cytryny, to znow mieszamy w shaikerze z kostkami

lodu. Przygotowujemy wysoka szklanke, do ktorej wsypujemy pokruszony lod, wlewamy ostroznie mieszanine i na koniec dodajemy

syrop z truskawek, slomka i dekoracja i gotowe!!




Teraz spokojnie moge przejsc do koktaili alkoholowych!

Gin Fizz! Do wysokiej szklanki wlewamy odpowiednia ilosc ginu (liczac szybko do pieciu), sok ze swiezo wycisnietej cytryny,

cukier w plynie; do szklanki wsypujemy pokruzony lod i to wszystko zalewamy limonada. Dekoracja i gotowe:D

Tequila sunrise. To jest najprostszy koktail! Do wysokiej szklanki wlewamy tequile (ilosc jak powyzej), nastepnie sok z

pomaranczy; w szklance mamy juz wczesniej pokruszony lod i na koniec tylko dodajemy syrop z granatow!

Pina colada! Podajemy ja w szklance na stopce tak jak Virgin colade, bo to sa siostry:)) Do szklanki na mojito wlewamy bialy

rum (ilosc jak powyzej), sok ananasowy i pine (mleko+kokos), to mieszamy w shaikerze zawsze z kostakami lodu. Wlewamy powoli

do szklanki i na samej gorze robimy pianke, czyli ubita wczesniej z mleka, taka jak na kawie! (to nie zart) No i tradycyjnie

dekoracja i blyszczy!

Bloody Mary! Aj, to chyba wszyscy znaja... Ale nie wszystcy przepadaja:P Ja nie trawie soku z pomidorow, wiec nie za bardzo

za tym specjalem przepadam, ale raz udalo mi sie ja zrobic! Oczywiscie wodka, ktora wlewamy do wysokiej szklanki, nastepnie

sok z pomidowrow i plasterek cytrynn + slomka! Gotowe:)

White Russian jak jestesmy przy wodce... Podajemy w szklance na mojito, do ktorej przygotowywujemy pokruszony lod, dodajemy

wodke i na sama gore przygotowywujemy crème z mleka. Robimy go z kostkami lodu i mleko w shaikerze, nastepnie nakladamy

powstaly crème na wodke (bez lodu z shaikera!); na to kladziemy dwie male slomki, swiecaca dekoracja i tyle!

Cosmopolitan! Ten koktail podajemy w specjalnej bardzo delikatnej szklance na stopce, ktora jest bardzo rozlozysta (wierze,

ze wiecie, co chce powiedziec! zawsze jest trzymana w lodowce). Brzegi szklanki obsypujemy cukrem z boku plasterek limonki

lub inne cudo; a co w srodku?! Do szklanki na mojito wlewamy wodke, tyle samo triple sec, swiezo wycisniety sok z cytryny i

sok z cranberry - to tradycyjnie mieszmy w shaikerze z kostkami lodu. Nastepnie bordowa miksture wlewamy juz bez kostek lodu

do szklaneczki i gotowe na salony:))

Margarita! Podobnie do szklanki na mojito wlewamy takie same ilosci tequili i triple sec, troszke soku z cytryny, mieszamy w

shaikerze z kostkami lodu, calosc bez lodu wlewamy do wysokiej szklanki wraz z pokruszonym lodem.

To tyle ile na razie udalo mi sie nauczyc...
Dzis dowiedzialam sie, ze moja barmanska przygoda w tej restauracji sie konczy, gdyz nie maja na tyle klientow, by mnie

przyjac do dalszej pracy...
Jest mi ogromnie przykro... Chyba za szybko przywiazuje sie do ludzi... Tych ludzi, ktorych tam poznalam jest mi najbardziej

szkoda, tego wracania o trzeciej nad ranem, sluchania glosnej muzyki, picia wspolnie szampana, przygotowywania koktailow, ba,

pracowania tam... Ja juz pokochalam to miejsce, a karza mi go opuscic i to nie z mojej winy...Jest mi strasznie przykro...Nie

wiem, po co znow mialam zostawic tam kawalek mojego serca; nie wiem po co... Ta wiedza jest swietna i jestem bardzo

zadowolona, ze moglam sie troche nauczyc, ale... chyba nie rozumiem czasem zycia...